Naszą witrynę przegląda teraz 120 gości 
Odsłon : 24398007

Mecenasi Literaci.eu

Losowe utwory

MEDIA

 

Code



Code

Code

Code

Code

Code

Code

Magdalena Węgrzynowicz-Plichta

MANIPULACJE



Pod mikroskopem elektronowym
przeciągają się wygodnie komórki rozrodcze.
Pół z niej, pół z niego,
niekoniecznie kochanego.

Nad mikroskopem sprawne ręce doktora -
jakiegoś ucznia samego Frankensteina.
Może tak, może nie,
a któż to wie.

Genetyka na życzenie rodziców
płodzić będzie kolejne pokolenia in vitro.
Trochę z niego, trochę z niej
niepewności coraz mniej.

W każdym calu – bobas wymarzony –
stworzone z zachcianki piękno doskonałe.

Pół wieku temu urodziłam się też
niezwyczajnie i choć nie pochodzę
z probówki – jestem wyjątkowa –
stworzyła mnie sama natura.

Po czarnookiej matce i niebieskookim
ojcu mam zielone oczy,
jestem leworęczna i pyskata.
I tylko sam jeden Bóg wie dlaczego.


EKSTAZA


tu gdzie stoisz życiem przybity
nie znajdziesz oparcia dla poglądów
z lamusa los przywiódł cię
nieoczekiwanie w ślepy zaułek
patrz i ucz się utracony raj
za jedyny drogowskaz
schody w dół i szyld
nocny lokal Paradise
 
dziś głęboko po ziemią ciało
zmęczone i rozdarta dusza
nie znajdą ukojenia po trudach
życia czeka cię do utraty tchu
szaleńczy trans w ciemnym lochu
piwnicznym jak na uwięzi
lata po ścianach
oszalały stroboskop

przy wejściu wysoki drab
na schodach siedzi małolata
niewidzącym wzrokiem
patrzy przed siebie w dłoni
ściska dropsa z kotem
bierz ekstaza na zawołanie
nic nie jest ważne tylko
jazda trans w Paradise

nie zwlekaj wrzuć na luz graj
frajerom na nosie ponieść się
daj techno w rytm wybije całe
to cholerstwo postaw na szału
szał ekstaz trans dropsa odurzającą
moc didżejowi zostaw resztę jaźń
zwielokrotnioną wirujących
dźwiękokrzyków jękodźwięki

nie zaznasz spokoju do rana
pójdziesz na całość choć raz 
w szaleńczą żądzę z piekła rodem 
ecce homo etc. wirujący trans
w Paradise trans ekstaz trans ekstaz
w Paradise trans pamiętaj niewinny
drops jeśli zażyjesz go tylko raz
inaczej zniszczy ci życie

bo jest jak narkotyk ekstaz 
z Paradise trans 


EROTYCZNOŚĆ


Dzień pogodny.
Słońce w zenicie,
w dali miasteczko.
Brzegiem idzie dziewczyna.
Słucha i mówi, mówi i słucha,
choć nikogo żywego dokoła,
tylko woda szemrze w strumyku.

Klaszcze w dłonie
i głośno się śmieje,
jak echo słowa powtarza.
Zamyśli się, zmarszczy czoło,
pochyli, by zerwać trawkę,
którą ustami przygryzie,
słucha cierpliwie.

Kogo tak uważnie słucha?
Coś jej szepce i coś woła?
Wszak wyraźnie odpowiada.
Nieobecna, rozmarzona…
Cóż to błyszczy za jej uchem?
Co tak mieni się na szyi?
Dla kogo strój urodziwy?

Zapatrzona w duszę stokrotki –
w roztargnieniu w kółko drepcze.
Z niewidzialnym połączona –
świat w emocjach kolorowy. 
Nagle jak przebudzona przystaje,
pod boki pięści zaciska, prawą nogą
w złości tupie i na cały głos narzeka:

Jeśli nie chcesz, nie wracaj, Janie,
zostań sobie za oceanem,
więcej nie będę płakać po tobie,
za młodam, by lec w cnoty grobie.
Chcę mieć u swego boku mężusia!
Ludzie już mówią – głupia Karusia!
Zwodzisz mnie dla zabawy?

Na nic esemesy, e-maile i zestawy 
do komórek głośnomówiące:
sama wciąż jestem na łące.

I tak się do nocy 
z kochankiem droczy,
przez komórkowy telefon
nad strugą przy zamku ruinach,
ale nikogo to nie dziwi,
że jakby gada sama do siebie
- wszak nowoczesna to dziewczyna.


ANONIMOWOŚĆ



Z utęsknieniem wyrwała się od:
szczęść Boże, a witam sąsiedzie,
dzień dobry pani Zofio,
co tam u Marysi?

Cześć, witaj, hello, jak się masz
pozostawiła za drzwiami mikrobusu.
W drodze do Galerii Krakowskiej
zdążyła poprawić makijaż.

Gdy wchodziła głównym wejściem, 
poczuła się pewnie jak stały salonowy
bywalec, dyskretne spojrzenie –
bezkolizyjnie wtopiła się w tłum.

Jak rozkosznie – nieprzebrana rzeka 
Towarów, aż do znudzenia można: 
wybrzydzać, oglądać, dopasowywać!
I to niekrępujące poczucie wolności…

Zachłannie celebrując anonimowość 
nie dostrzegała ukrytych kamer,
nie pamiętała o aktywnej komórce
ani o danych na karcie kredytowej.

Raz w tygodniu demony z wielkich 
koncernów i agencji reklamowych 
penetrują najgłębsze zakamarki duszy –
o niebo lepiej niż sam spowiednik.



MUZYKA

Wsiadasz rano do windy kluczami
brzęczysz rytmicznie w słuchawkach
na uszach masz głośny przebój tego lata
w lustrze jadowite spojrzenie sąsiadki
typu niby meloman a nie wychowany

a nasza 
tajemna muzyka
wprost płynie
do uszu z głośnika
niewidoczna 
a skoczna 

dzień dobry sytuacji nie załagodzi
ani inne powitanie nieśmiało
uśmiechasz się i już żałujesz że
nie zjeżdżasz po poręczy z ósmego
piętra na parter jak inni młodzi

bardzo innych drażni
muzyka
płynąca
do uszu z głośnika
niewidoczna
a skoczna

szukasz w myśli na obronę sentencji
człowiekiem jestem nic co ludzkie nie
jest mi obce gdy ona dobitnie mówiąc 
ze wzrokiem w sufit utkwionym 
do taktu z dezaprobatą głową kręci

hej nie brzęcz kluczami
ten cover
z serca wprost
to muzyka mojej
młodości
daj głośniej

na parterze odzyskujesz słuchawkę
uśmiechając się do siebie wychodzi
z windy na pożegnanie patrząc ci
głęboko w oczy recytuje homo sum
humani nihil a me alienum puto

zawsze z serca płynie muzyka młodości 
nie obawiaj się daj głośniej


MOJE DŁONIE


Własne życie wiodą moje 
dłonie zanim pomyślę
już biegną do bliskich
odważnie witają się
poklepują niepostrzeżenie 
przyklaskują na dobre 
wiadomości na złe
skroń pocierają zakłopotane 

Własne życie wiodą moje
dłonie nim się spostrzegę
przywołują bezpańskiego
psa kota głodnym gołębiom
nakruszą bułki srebrnemu 
mimowi wrzucą złotówkę 
do kapelusza skasują bilet 
emerytce zanim usiądą


Choć są do pary
w sumie są zagubione
czasem jak małe dzieci
nie skarżą się na samotność
tylko czekają nieporadne 
na pocieszenia promyk
słońca uśmiech jasny
na jeden gest przyjaźni

TRESERKA


O świcie oswajam śmierć uśmiechem 
w ciągu dnia tresuję ją dzikością istnienia 
wieczorem oszukuję kolejny dzień 
wilgotnym oddechem jaźni 
przed zaśnięciem przeglądam się 
w rysach luster wczorajszego dnia

w świetle drgających świec łowię 
najcichszy szelest przeznaczenia
wciągam powietrze i jak zwierz
z wiatrem przeczuwam nadchodzące jutro
noc nie przynosi ukojenia
po północy kończy się słodki sen o miłości

powraca koszmar spopielanych ciał
rano oswajam śmierć od nowa

Zarząd Główny Związku Literatów Polskich

Oddział Warszawski ZLP

O Magazynie Literaci.eu

Czytelnia