Бредя коридорами долгой ночи,
Проулками строчек и междустрочий,
Сжимая пальцы в кулак,
Душу выкручивая из тела,
О чём я тебе рассказать хотела –
Теперь не вспомнить никак.
О том, как прекрасны чужие лица :
Кто–то всерьёз собрался жениться,
Кто–то – ложиться в гроб.
Кто–то едет в Париж или Ниццу,
Кто–то в руках задушил синицу –
А не пищала чтоб.
О том, что в комнате – неразбериха,
Что в зазеркалье тихое лихо
Дремлет тысячу лет,
О том, что рассвет истончает тени,
А жизнь в сослагательном наклоненьи –
Это полнейший бред.
В шторах – сквознячная пантомима,
Вещи меняются неуловимо:
Шкаф навис, как скала,
Дыбом шерсть на спине дивана,
И желтозубое фортепьяно
Скалится из угла.
Странный шум за стеной сырою –
Словно бы в обреченную Трою
Вкатывают коня.
Даже не соблюдая приличий
Мир меняет своё обличье
И вытесняет меня
К зеркалу, к самой стеклянной кромке,
Там, где жемчужно дробится ломкий,
Неуловимый свет.
Тени выстроились в карауле.
Просто это – ultima tule.
Дальше земли нет.
Кто изнутри о зеркало бьётся,
Смотрит из глубины колодца,
Расширяя зрачки?
Кто там смеётся беззвучным смехом?
В сердце моём отдаются эхом
Сердца его толчки.
Резкий удар о ладонь - ладони,
Медленно погружается, тонет
В бесконечности взгляд.
Воздух ещё меж нами трепещет,
Но за спиною теснятся вещи,
Путь преграждая назад.
Я не вернусь. Моё время сжалось.
Кровь двойника с моею смешалась.
Я закрываю счёт.
Звон стекла, фейерверк осколков…
Первый шаг – больно. Второй шаг – колко.
Третий – уже полёт.
Май 2006.
Ultima thule
Korytarzami długiej snując się nocy,
zaułkami wierszy i międzywierszy,
palce w pięść zaciskając
i z ciała wykłamując duszę,
o czym to opowiedzieć ci chciałam?
Teraz już nie pamiętam.
Może o tym, jak piękne są cudze twarze:
ktoś ślub wziąć naprawdę zamierza,
ktoś inny – kresu swego dobiega.
Ktoś do Paryża jedzie czy może Nicei,
ktoś inny wróbla zadusił co w garści -
ot, żeby nie piszczał.
Może o tym, że w pokoju – rozgardiasz,
że po tamtej lustra stronie licho
ciche lat tysiąc już drzemie.
Może o tym, że świt wyostrza cienie,
a życie w trybie przypuszczającym
to najzupełniejsza bzdura.
W żaluzjach – pantomima cieni,
rzeczy zmieniają się nieuchwytnie:
szafa zwisła, jak skała,
na oparciu kanapy włosie stanęło dęba,
a żółtoszczęki fortepian
szczerzy z rogu swe zęby.
Dziwny szum za szarą ścianą -
jakby w oblężoną Troję
wtaczali konia.
Nawet nie zachowując pozorów
świat zmienia swoje oblicze
i wypycha mnie
w lustro, na skraj szklanej tafli,
tam, gdzie perłowo rozpyla się kruche,
nieuchwytne światło.
Cienie stanęły na warcie.
To po prostu – ultima thule.
Dalej żadnej ziemi już nie ma.
Kto tłucze się o to lustro od wewnątrz,
kto patrzy i patrzy z głębi studni,
rozszerzając źrenice?
Kto śmieje się tam bezdźwięcznym śmiechem?
Bicie jego serca echem w moim
dźwięczy.
Dłoń o dłoń uderza ostro,
wzrok zapada wolno, gdzieś
tonie w nieskończoności.
Jeszcze między nami drży powietrze,
lecz tłok rzeczy i spraw za plecami,
zagradza drogę wstecz.
Ja już się nie cofnę. Mój czas skarlał.
Krew sobowtóra zmieszała się z moją.
Zamykam rachunek.
Dźwięk szkła, fajerwerk odłamków...
Pierwszy krok – boli. Drugi krok - doskwiera.
Trzeci – teraz już lecę.
Maj 2006
przekład z rosyjskiego Michał Bukowski
|